Od chaosu do świadomego życia, czyli skąd połączenie bloga o minimalizmie i gotowaniu
Minimalizm towarzyszy mi od 17 lat. Nie był nagłym zwrotem ani decyzją podjętą jednego dnia. To była powolna, bardzo osobista ewolucja – zaczęta nie od inspiracji, ale od zmęczenia. Przesytu. Potrzeby oddechu w świecie, w którym wszystkiego było po prostu za dużo.
Nie zaczęłam od pytania, jak mieć mniej.
Zaczęłam od pytania, dlaczego mam tego aż tyle.
Przeprowadzka i nowy start
W 2008 roku przeprowadziłam się z mężem i maleńkim dzieckiem do Szkocji. Z niewielkiego mieszkania w Polsce trafiliśmy do 3-pokojowego lokum w Edynburgu, z balkonem i widokiem na zatoczkę z jachtami.
Mieszkanie miało podstawowe wyposażenie – meble kuchenne, stół z krzesłami, małą sofę i ławę w salonie z aneksem kuchennym. Dwa pozostałe pokoje wyposażone były tylko w podwójne łóżka małżeńskie i szafy wnękowe. Ogrom miejsca i przestrzeni, bo z Polski zabraliśmy tylko tyle, ile zmieściło się w osobowym aucie – wózek dla dziecka, ubrania, dokumenty, trochę pościeli, ręczników i naczyń.
Wygodne życie
Przez kolejne półtora roku żyliśmy tak, jakby niczego nam nie brakowało.
A właściwie – jakby wszystko było dokładnie tak, jak trzeba.
Obydwa małżeńskie łózka wstawiliśmy do większej sypialni i spaliśmy jak królowie – każdy na swoim. Dziecko dostało mniejszą sypialnię, gdzie wstawiliśmy proste łóżeczko z Ikei. Do wnękowych szaf wrzuciliśmy wszystko, co mieliśmy. Mimo ogromnej powierzchni cotygodniowe porządki zajmowały dosłownie chwilę – wystarczyło zetrzeć kurze, odkurzyć i umyć podłogę mopem. W kuchni 3/4 szafek było pustych, 2 schowki również, w łazience jedna mała szafka na kółkach mieściła wszystkie nasze kosmetyki.
Było jasno, spokojnie, bez napięcia. Bez ciągłego poprawiania, układania, przesuwania.
Dziś widzę to wyraźnie – to nie była „tymczasowa sytuacja”.
To był pierwszy moment, w którym zobaczyłam, jak może wyglądać życie bez nadmiaru.
Powrót do domu
Kiedy z końcem 2009 roku postanowiliśmy wrócić do Polski, moją zmorą stała się myśl o naszym maleńkim, zagraconym mieszkaniu – pełnym ciężkich mebli, książek, drobiazgów. Powoli przygotowywaliśmy się do powrotu, a ja godzinami siedziałam w internecie, poszukując idealnych rozwiązań do kawalerek. Pilnie szukałam organizerów, kolejnych mebli i cudownych sposobów na przechowywanie. Próbowałam zmieścić nadmiar w ładniejszej formie.
Aż w pewnym momencie przyszła zupełnie inna myśl.
Skoro od roku żyję bez tych wszystkich rzeczy…
skoro niczego mi nie brakuje…
skoro nawet nie pamiętam, co zostawiłam…
to może problem nie polega na tym, że mam za mało miejsca.
Tylko na tym, że mam za dużo rzeczy.
I to był początek.
Porządkowania szał, czyli pierwsze kroki na drodze do minimalizmu
Późną wiosną 2010 roku, zaraz po powrocie, zaczęłam robić gruntowne porządki – sprzedałam i wydałam większość naszych (nienoszonych już) ubrań, mnóstwo zabawek, akcesoriów, kuchennych „przydasi”, naczyń i garnków, nieużywanych kosmetyków, pamiątek i sprzętów. Pozbyłam się ponad 500 książek, likwidując tym samym domową bibliotekę. Trwało to blisko rok.
Nasze mieszkanie przejaśniało i stało się o wiele wygodniejsze dla naszej małej rodziny.
Na początku nie nazywałam tego „minimalizmem”. Po prostu zaczęłam eliminować to, co zbędne – ubrania, przedmioty, zobowiązania, które tylko zajmowały przestrzeń i energię. Z czasem zauważyłam, że im mniej mam, tym więcej czuję. Więcej przestrzeni, spokoju, jasności w głowie.
To nie był koniec
Wydawało mi się, że osiągnęłam cel, ale po kilku kolejnych miesiącach stało się jasne, że to był zaledwie początek. Festiwal pozbywania się rzeczy zaczął się na nowo, bo ja „dorastałam” do minimalizmu, a moje dziecko wyrastało z wieku wczesnodziecięcego, więc nasze potrzeby naturalnie się zmieniały. Porządki wracały i za każdym razem były łatwiejsze.
Bo coraz mniej było rzeczy, które „trzymały mnie przy sobie”.
Minimalizm nie wydarza się raz. On się wydarza w miarę, jak zmienia się życie.
Ilu rzeczy się pozbyłam?
W latach 2010–2020 wystawiłam około 400 ogłoszeń na stronie „graty z chaty”.
Ani jedno nie dotyczyło pojedynczego przedmiotu. To były worki ubrań, kartony naczyń, pudła zabawek.
Szacuję, że pozbyłam się kilku tysięcy rzeczy – 3–4 tysiące to ostrożne minimum. Kolejne setki sprzedałam przez Allegro lub oddałam znajomym. Na końcu – także większość mebli.
Z zewnątrz może się wydawać, że to jakaś niewiarygodna liczba, ale podobno (jak podają różne źródła) przeciętny człowiek posiada od 10 do 300 tysięcy (wg artykułu w Los Angeles Times, który powołuje się na profesjonalną organizatorkę, Reginę Lark) przedmiotów w domu – od spinaczy po deski do prasowania. Trudno to jednoznacznie zweryfikować, bo wszystko zależy od tego, co uznamy za „rzecz”.
Ale jedno jest pewne – większość z nas ma znacznie więcej, niż realnie potrzebuje.
Czym stał się minimalizm
Dziś minimalizm to dla mnie nie tylko styl życia – to świadomy wybór. Nie chodzi o „modę” czy estetykę, ale o wewnętrzny porządek. Marzę o skrajnym minimalizmie – takim, w którym każda rzecz ma swoje miejsce i sens. Doszłam już do punktu, w którym fizyczne przedmioty nie stanowią ciężaru, a są wyłącznie wsparciem codzienności, ale marzę o kompletnym mentalnym uwolnieniu się od przedmiotów.
Bo największa zmiana nie wydarzyła się w mieszkaniu.
Wydarzyła się w głowie.
Skąd połączenie na moim blogu minimalizmu i przepisów kulinarnych?
Bo minimalizm nie kończy się na rzeczach.
Przez lata unikałam gotowania. W domu widziałam, jak łatwo staje się obowiązkiem, który trzeba „odbębnić”. Obiecałam sobie, że nie będę niewolnicą kuchni – i długo trzymałam się tej decyzji. Życie to zweryfikowało.
Z czasem musiałam przejąć część obowiązków, w tym gotowanie. I wtedy zrobiłam dokładnie to samo, co wcześniej z rzeczami.
Uprościłam.
W 2013 roku założyłam blog kulinarny – nie po to, żeby tworzyć przepisy dla świata, ale żeby uporządkować własne. Proste, sprawdzone, bez nadmiaru. I nagle okazało się, że kuchnia działa dokładnie tak samo jak przestrzeń.
Z czasem odkryłam, że gotowanie i minimalizm mają więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać. Proste, domowe jedzenie to forma codziennej troski o siebie – bez przesady, bez presji, bez zbędnych składników. Gotujemy minimalistycznie – czyli z tego, co mamy. Bez marnowania, bez komplikowania.
Minimalizm przestał być „porządkowaniem rzeczy”.
Stał się sposobem myślenia.
Czym więc dla mnie jest ten blog?
minimalizmbezpudla.pl to nie jest blog o wyrzucaniu rzeczy.
To miejsce, w którym łączę trzy rzeczy:
- minimalizm w praktyce – bez teorii i bez udawania,
- prostą kuchnię – bez komplikowania,
- życie z głową – z refleksją i świadomością.
Nie interesuje mnie minimalizm „do zdjęć”.
Interesuje mnie minimalizm, który działa w codzienności.
Moje plany – mniej rzeczy, więcej wolności
Jako dziecko marzyłam, że spakuję się do jednej walizki, wsiądę w samochód i zwiedzę tak cały świat. Chciałam mieć tylko kilka niezbędnych rzeczy i nieograniczoną wolność. Potem środowisko i media sprawiły, że na kilka lat pogubiłam się w tym, czego chcę ja, a czego się ode mnie wymaga. Wiele decyzji – zupełnie nieświadomie – podjęłam pod wpływem cudzych oczekiwań wobec mnie. Czasem zupełnie obcych mi osób. Długo trwało, nim zrozumiałam, że nie chcę tak żyć. Że mój stan posiadania ani nie oznacza tego, jakim jestem człowiekiem, a już na pewno nie czyni mnie szczęśliwą osobą.
Dziś nie chodzi już o walizkę.
Chodzi o to, żeby nie być przywiązanym do tego, co w niej jest.
Co dalej?
Minimalizm nie ma końca. Nie dlatego, że zawsze jest coś do wyrzucenia. Tylko dlatego, że zawsze jest coś do zobaczenia wyraźniej.
Każda rzecz, którą przynoszę do domu, jest decyzją. Każda rzecz, którą zostawiam – też.
I może właśnie na tym polega ta droga.
Nie na tym, żeby mieć jak najmniej.
Ale na tym, żeby coraz lepiej rozumieć, co jest wystarczające.
Osiągnęłam już w temacie minimalizmu więcej, niż przeciętny człowiek. W moim przypadku to nie moda i – jak widać – nie chwilowa zachcianka. To naturalna potrzeba i powrót do tego, o czym marzyłam w dzieciństwie.
Idę więc dalej.
Bo kiedy znikają rzeczy, które tylko zajmują miejsce, zaczyna być widać to, co naprawdę ma znaczenie.
A wtedy zostaje już tylko jedno pytanie – nie ile masz, ale czy to, co masz, naprawdę jest Twoje.
The things you own end up owning you
cytat z filmu Fight Club