Menu Zamknij

Minimalizm, który nie jest minimalizmem? Recenzja książki „Sztuka prostoty”

Są książki, które się czyta i odkłada. I są takie, które – niezależnie od tego, czy się z nimi zgadzamy – zostają z nami na długo, bo dotykają czegoś bardzo czułego. „Sztuka prostoty” Dominique Loreau należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii.

To była jedna z pierwszych książek o minimalizmie, jakie przeczytałam. Trafiła do mnie w momencie, w którym byłam już zmęczona nadmiarem, przytłoczona rzeczami i coraz bardziej świadoma, że coś w moim sposobie życia wymaga zmiany. I choć już wtedy miałam wobec niej sporo zastrzeżeń, to jednocześnie nie potrafię jej całkowicie odrzucić. Bo jest w niej coś, co działa, co porusza. Co zostawia ślad.

Ale jest też coś, co – moim zdaniem – wypaczyło sposób, w jaki wiele osób zaczęło rozumieć minimalizm. I właśnie dlatego ta książka jest tak ciekawa.

Dlaczego ta książka tak bardzo wpłynęła na sposób myślenia o minimalizmie

Loreau od pierwszych stron używa słowa „minimalizm”. Oswaja je, powtarza, nadaje mu konkretną formę. Dla wielu osób była jedną z pierwszych, które nazwały ten kierunek i ubrały go w język dostępny, prosty, wręcz kuszący.

Zaczyna bardzo przekonująco:

Powoli zdałam sobie sprawę z tego, że im większej liczby rzeczy się pozbywałam, tym mniej to, co pozostało, było mi potrzebne. (…) im mniej mamy, tym bardziej jesteśmy wolni i tym bardziej możemy się rozwijać.

Dominique Loreau „Sztuka prostoty”

To są zdania, które trafiają dokładnie tam, gdzie trzeba. W doświadczenie przeciążenia. W potrzebę oddechu. W intuicję, że mniej naprawdę może znaczyć więcej. I właśnie dlatego ta książka działa – bo nie zaczyna od teorii. Zaczyna od emocji, które wielu z nas zna bardzo dobrze.

Minimalizm według Loreau w „Sztuce prostoty”– czyli mniej, ale lepiej

Gdy jednak wyjdziemy poza pierwsze wrażenie i zaczniemy czytać uważniej, pojawia się pewien bardzo spójny, ale jednocześnie problematyczny schemat.

Minimalizm Loreau można streścić w dwóch zdaniach: Ogranicz ilość. Podnieś jakość.

Na pierwszy rzut oka brzmi to rozsądnie. Wręcz dojrzale. Problem zaczyna się wtedy, gdy zobaczymy, co dokładnie oznacza „jakość”.

Minimalizm jest kosztowny. Łatwiej kupić kilka bibelotów niż panele ścienne z rzadkiego drewna.

Nie wahaj się zastąpić rzeczy przeciętnych doskonałymi, nawet jeśli wielu uzna to za marnotrawstwo.

Kilka pięknych rzeczy, by karmić zmysły (…) jeden zachwycający klejnot, włoska kanapa.

Dominique Loreau „Sztuka prostoty”

I w tym momencie pojawia się pytanie, którego nie da się już pominąć: czy to jest jeszcze minimalizm – czy raczej jego estetyczna, bardziej elegancka wersja konsumpcjonizmu?

Bo jeśli:
– nadal dużą wagę ma to, co posiadasz
– nadal inwestujesz emocjonalnie w rzeczy
– tylko wybierasz „lepsze”, „doskonalsze”, „bardziej luksusowe”
to zmienia się forma, ale nie mechanizm.

I tu dochodzimy do sedna: Loreau nie odrzuca konsumpcjonizmu ona go tylko uszlachetnia.

Minimalizm oparty na rzeczach

Największy problem tej książki nie polega na tym, że mówi o rzeczach. Tego nie da się uniknąć, bo rzeczy są częścią naszego życia. Problem zaczyna się w momencie, w którym to właśnie one – ich liczba, jakość, estetyka – stają się głównym punktem odniesienia.

W wersji proponowanej przez Loreau minimalizm nie jest procesem myślenia ani sposobem podejmowania decyzji. Jest raczej:
– selekcją przedmiotów
– zarządzaniem estetyką
– dążeniem do określonego ideału przestrzeni i stylu życia

Na pierwszy rzut oka wygląda to przekonująco. Mniej rzeczy, więcej przestrzeni, większy porządek – wszystko się zgadza. Tylko, że to podobieństwo jest powierzchowne, bo w tym podejściu w centrum nadal pozostają rzeczy.

Zmienia się ich liczba i jakość, ale nie zmienia się to, wokół czego organizowane jest życie. A to jest różnica zasadnicza. Minimalizm, który koncentruje się na rzeczach – nawet tych najpiękniejszych – wciąż zostaje na ich poziomie. Punkt ciężkości się nie zmienia.

Dlatego podejście Loreau może działać (i często działa), ale tylko do pewnego momentu.
Na poziomie uporządkowania przestrzeni, ograniczenia chaosu i poprawy estetyki życia.
Daje oddech, poczucie kontroli, wrażenie zmiany. Ale nie dotyka tego, co jest głębiej:
– mechanizmu podejmowania decyzji
– relacji z posiadaniem
– potrzeby, która stoi za gromadzeniem

I w pewnym momencie pojawia się ściana. Bo jeśli centrum pozostają rzeczy, to prędzej czy później wraca to samo pytanie – tylko w innej formie: już nie „ile mieć”, ale „jakie mieć”.

I to jest dokładnie ten moment, w którym minimalizm zaczyna się zapętlać. Dlatego różnica między tym podejściem a tym, które sama dziś uznaję za minimalizm, nie polega na tym, jakie rzeczy wybierasz, tylko na tym, czy rzeczy w ogóle są centrum Twoich decyzji.

Jeśli są – zmieniasz tylko ich wersję.
Jeśli nie – zmieniasz sposób, w jaki żyjesz.

I dopiero w tym drugim przypadku minimalizm przestaje być estetyką, a zaczyna być realną zmianą.

Sprzeczności, które trudno zignorować

Im dalej w książkę, tym wyraźniej widać, że wizja Loreau – choć spójna w tonie – zaczyna się rozjeżdżać w szczegółach.
Z jednej strony: „Spakuj życie do dwóch walizek”, z drugiej: „Trzy torby powinny wystarczyć (…) no i oczywiście twój bezcenny kuferek”. Z jednej strony redukcja:

Czasy się zmieniają. My będziemy musieli zrobić to samo, a więc przystosować się do nowych idei i nowego stylu życia. Miasta są coraz bardziej przeludnione, w przyszłości zapewne trzeba się będzie zadowolić mniejszymi mieszkaniami.

Dominique Loreau „Sztuka prostoty”

z drugiej (zaledwie parę linijek dalej) – rozbudowane koncepcje przestrzeni:

Do planów, tworzonych przez architektów, powinien powrócić tak lubiany w XIX wieku buduar. Znajdowałyby się w nim umywalka, garderoba, ściana wyłożona lustrami, sofa, kącik wypoczynku, stolik do prowadzenia prywatnej korespondencji i wreszcie miejsce, gdzie można by było w spokoju zajmować się zabiegami kosmetycznymi.

Dominique Loreau „Sztuka prostoty”

o nie są drobne niespójności. To są różne wizje życia, które nie tylko trudno pogodzić – one wzajemnie się wykluczają.

Narzucanie stylu życia

Książka jest skierowana głównie do kobiet i obejmuje bardzo szeroki zakres tematów: od urządzania mieszkania, przez ubiór, po dietę, pielęgnację, dobrostan psychiczny i relacje.
I właśnie tutaj pojawia się kolejny problem.

Loreau nie tyle proponuje kierunek, co narzuca konkretny model życia:
– jakie ubrania powinnaś mieć
– ile zestawów na różne okazje
– jaka powinna być twoja torebka (ba! o torebce doskonałej jest nawet cały rozdział!)
– jak powinna wyglądać twoja przestrzeń

Miej (…): spodnie z cienkiej wełny, tweedową marynarkę na zimę, jedną lub dwie lniane marynarki na lato i na sezony przejściowe, dobry płaszcz, różne bluzki, swetry i podkoszulki.

Dominique Loreau „Sztuka prostoty”

To podejście pomija jedną kluczową rzecz: że minimalizm nie polega na tym, żeby mieć „właściwe rzeczy”, tylko na tym, żeby mieć właściwe rzeczy dla siebie.

Bez tego łatwo wpaść w paradoks:
pozbywasz się nadmiaru…
po to, żeby kupić inny nadmiar – tylko bardziej elegancki.

Nie sposób pominąć też stylu, w jakim ta książka jest napisana. Jest kategoryczny, momentami rozkazujący, pozbawiony wątpliwości. To daje jej siłę – bo jest wyrazista. Ale jednocześnie może budzić opór, bo nie zostawia przestrzeni na indywidualność, na kontekst, na inne życie niż to, które proponuje autorka.

Czasami ma się wrażenie, że to nie jest zaproszenie do refleksji, tylko gotowy model do wdrożenia.

Co w „Sztuce prostoty” naprawdę działa

I teraz ważne: ta książka nie jest zła.

Wręcz przeciwnie – jest w niej bardzo dużo trafnych obserwacji, które potrafią zatrzymać i zmusić do myślenia.

Ludzie konsumują, nabywają, gromadzą, kolekcjonują – innych ludzi, kontakty, dyplomy, tytuły, odznaczenia. Uginają się pod ciężarem swoich dóbr i zapominają, że pożądanie zmienia ich w istoty podporządkowane coraz liczniejszym pragnieniom.

Ludzie pragną mieć czas, a następnie próbują go zabić.

Prostota oznacza, że mamy niewiele, by zrobić miejsce dla spraw najważniejszych.

Dominique Loreau „Sztuka prostoty”

To są zdania, które wykraczają poza rzeczy. Dotykają sposobu życia, relacji z czasem, z samym sobą.

Podobnie fragmenty dotyczące koncentracji, uważności, dbania o siebie – nawet jeśli momentami uproszczone lub kompletnie odjechane – mogą być punktem wyjścia do realnej zmiany.

Japonia jako idea, nie rzeczywistość

Loreau mieszkała w Japonii i czerpie z tej kultury – z jej estetyki, podejścia do przestrzeni, do prostoty. Problem polega na tym, że ta Japonia jest w książce bardzo jednowymiarowa. Uspokojona, uporządkowana, niemal idealna.

Brakuje w niej kontekstu:
– że prostota bywa koniecznością, nie wyborem
– że za estetyką często stoi ograniczenie
– że to, co inspirujące, nie zawsze jest uniwersalne

To Japonia przefiltrowana przez zachwyt, a nie przez pełne doświadczenie – bardziej idea niż rzeczywistość. Estetyka zostaje wyjęta z kontekstu społecznego, ekonomicznego i kulturowego, przez co zaczyna funkcjonować jako gotowy model do naśladowania, a nie jako wynik konkretnych warunków życia.

W efekcie to, co w Japonii jest odpowiedzią na ograniczenia, w książce zaczyna być przedstawiane jako świadomy wybór dostępny dla każdego – a to już nie jest inspiracja, tylko uproszczenie.

Czy warto przeczytać „Sztukę prostoty”?

Tak – ale nie jako podręcznik minimalizmu.

To jest książka, którą warto przeczytać:
– żeby zobaczyć, skąd wzięło się popularne wyobrażenie minimalizmu
– żeby skonfrontować się z własnymi wyobrażeniami
– żeby wyłapać to, co rezonuje – i odrzucić resztę

Bo jej największa wartość nie polega na tym, że daje odpowiedzi, tylko na tym, że zmusza do zobaczenia, jak łatwo pomylić zmianę z jej pozorem. Na tym, że – czasem nieświadomie – prowokuje bardzo dobre pytania.

Wniosek

„Sztuka prostoty” nie jest książką o minimalizmie w sensie, w jakim rozumiem go dzisiaj.

Jest książką o uproszczonym życiu, o estetyce, o dyscyplinie, o świadomych wyborach – ale nadal mocno osadzoną w świecie rzeczy. I właśnie dlatego tak łatwo było ją odczytać jako definicję minimalizmu, choć w rzeczywistości dotyka tylko jego powierzchni.

Można więc powiedzieć, że ta książka nie uczy minimalizmu, ona pokazuje, jak bardzo go potrzebujemy – i jak łatwo go wypaczyć.
Bo minimalizm – jeśli sprowadzić go do rzeczy – zawsze będzie kręcić się wokół rzeczy.
Nawet wtedy, gdy jest ich mniej.
I tu pojawia się jeszcze jedna, ważniejsza myśl.

Być może problem nie polega na samej książce.

Być może:
– ludzie i tak upraszczają idee, żeby dało się je zastosować szybko i bez wysiłku
– potrzebują konkretnych zasad, list, wskazówek
– chcą wiedzieć „co mieć” i „czego się pozbyć”, zamiast mierzyć się z trudniejszym pytaniem: dlaczego w ogóle tego potrzebuję.

Jeśli tak jest, to Loreau nie tyle stworzyła błędne rozumienie minimalizmu, co po prostu idealnie wpasowała się w istniejącą potrzebę – potrzebę prostych odpowiedzi na złożone problemy.

A minimalizm, rozumiany jako filtr decyzji, takich prostych odpowiedzi nie daje.

Wymaga czegoś trudniejszego: zatrzymania się, konfrontacji z własnymi wyborami i ciągłego sprawdzania, co w naszym życiu jest naprawdę wystarczające.

I może właśnie dlatego łatwiej jest mówić o rzeczach, niż o sobie.

Jeśli minimalizm ma być czymś więcej niż porządkowaniem rzeczy, potrzebuje innego punktu wyjścia – nie listy zasad, tylko sposobu myślenia. Nad takim podejściem pracuję i będę je tutaj stopniowo rozwijać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *