Menu Zamknij

Minimalizm a bieda. Czy każdego stać na „mniej”?

Minimalizm nie jest ani biedą, ani luksusem. Jest zdolnością do wyboru – a ta zawsze kosztuje.

Minimalizm bardzo często przedstawia się jako prostą receptę na lepsze życie – mniej rzeczy, mniej zobowiązań, więcej przestrzeni, spokoju i czasu. Problem polega na tym, że to „mniej” brzmi zupełnie inaczej w zależności od tego, czy jest wyborem, czy koniecznością, ponieważ jeśli nie masz nadmiaru, z którego możesz zrezygnować, minimalizm przestaje być filozofią, a zaczyna być tylko elegancko opisaną wersją braku.

I właśnie w tym miejscu zaczyna się realny problem z minimalizmem – nie tam, gdzie kończą się rzeczy, tylko tam, gdzie kończy się wybór.

Jeśli chcesz zrozumieć, co minimalizm realnie zmienia w życiu, pisałam o tym szerzej tutaj: Minimalizm w życiu – dlaczego warto mieć mniej i co to naprawdę zmienia.

Minimalizm i bieda – ten sam obraz, zupełnie inne doświadczenie

Na pierwszy rzut oka życie osoby ubogiej i minimalisty może wyglądać podobnie – niewiele rzeczy, ograniczone wydatki, skupienie na podstawach, jednak różnica nie leży w liczbie przedmiotów, tylko w tym, kto kontroluje sytuację.

Bieda to brak możliwości zaspokojenia podstawowych potrzeb wynikający z ograniczeń finansowych. Minimalizm natomiast zaczyna się dopiero wtedy, gdy te potrzeby są zaspokojone, a Ty nadal decydujesz się na ograniczenie.

To nie są dwa końce jednego spektrum, tylko dwa różne doświadczenia życia.

Człowiek żyjący w biedzie nie rezygnuje z nadmiaru – on go nigdy nie miał. Każda decyzja jest wymuszona, każda strata boli realnie, a każda „oszczędność” jest często walką o przetrwanie, a nie świadomym wyborem stylu życia.

I dlatego mówienie, że minimalizm jest „dla każdego”, jest uproszczeniem, które brzmi dobrze tylko wtedy, gdy nie patrzy się na rzeczywistość zbyt uważnie.

Minimalizm jako luksus – ale nie taki, jak myślisz

Minimalizm bywa luksusem, tylko nie w tym powierzchownym sensie, który często pojawia się w dyskusjach.

Nie chodzi o lniane zasłony, designerskie krzesła i kilka „idealnych” przedmiotów w pustym wnętrzu.

Chodzi o coś znacznie mniej widocznego i znacznie trudniejszego do zdobycia – o spokój, bezpieczeństwo i przestrzeń decyzyjną. Możliwość powiedzenia „mam wystarczająco” wymaga:

  • stabilności finansowej, choćby minimalnej
  • czasu na refleksję
  • energii psychicznej
  • poczucia bezpieczeństwa

Bez tych zasobów minimalizm bardzo łatwo zamienia się w frustrację, która tylko udaje świadomy wybór.

I tutaj dochodzimy do niewygodnej prawdy: nie każdy może sobie pozwolić na minimalizm rozumiany jako świadome upraszczanie życia, ponieważ nie każdy ma zasoby, które pozwalają na podejmowanie takich decyzji bez ryzyka.

Umiejętność i swoboda określenia swoich realnych potrzeb i priorytetów, możność poświęcenia czasu na samorozwój, naukę i zaangażowanie w rodzinne życie jest swoistym bogactwem. Możliwość zakupów bio-produktów, eko-żywności, możliwość wyboru etycznych rozwiązań to przywilej! A więc tak – minimalizm bywa luksusem.

Minimalizm bez pieniędzy – gdzie kończy się idea, a zaczyna iluzja

Istnieje jeszcze jedna rzecz, o której mówi się zdecydowanie za rzadko – minimalizm bez pieniędzy bywa iluzją, ponieważ brak środków ogranicza Twoją zdolność do podejmowania decyzji.

Nie kupujesz mniej, bo tak wybrałeś. Kupujesz mniej, bo nie masz innej opcji.

Nie rezygnujesz z nadmiaru, tylko żyjesz w niedoborze.

To nie jest minimalizm. To jest brak.

I jeśli próbujesz nazwać to minimalizmem, bardzo łatwo wpaść w pułapkę racjonalizacji własnej sytuacji, zamiast realnie ją zmieniać. To jeden z powodów, dla których wokół minimalizmu narosło tyle nieporozumień – szerzej piszę o tym tutaj: Minimalizm – najczęstsze mity i błędne przekonania.

Bieda mentalna – czyli kiedy masz wybór, a żyjesz jakbyś go nie miał

I teraz druga strona, która jest jeszcze mniej oczywista.

Są osoby, które mają zasoby – pieniądze, czas, możliwości – a mimo to żyją w ciągłym poczuciu braku. Kupują więcej, niż potrzebują. Pracują więcej, niż chcą. Gromadzą rzeczy, które niczego nie rozwiązują.

To jest brak kontroli.
Konsumpcja bardzo często działa jak mechanizm kompensacji:

  • za stres
  • za zmęczenie
  • za poczucie pustki
  • za brak wpływu na własne życie

Nie ten jest biedny, kto posiada mało, lecz ten, kto stale pragnie mieć więcej.

Seneka Starszy

W takiej sytuacji nadmiar nie jest problemem samym w sobie – jest objawem. Minimalizm w tym kontekście nie polega na wyrzuceniu połowy rzeczy z szafy, tylko na odzyskaniu zdolności do podejmowania decyzji bez potrzeby ciągłego „dopłacania” sobie zakupami.

I to jest poziom, na którym minimalizm przestaje być estetyką, a zaczyna być narzędziem do odzyskiwania kontroli.

Ekskluzywny minimalizm – czyli jak powstał mit „minimalizmu dla bogatych”

Sporo złego zrobiła tutaj Dominique Loreau francuska eseistka mieszkająca w Japonii, która (zachwycona kulturą wschodu) w 2005 roku wydała książkę „Sztuka prostoty”. Sugeruje w niej czytelnikowi „uproszczenie swojego życia, aby je wzbogacić”.

To jedna z pierwszych książek wydanych w Polsce, a nawiązujących do minimalizmu. Swego czasu była dosyć popularna wśród osób, które się nim interesowały. Dominique Loreau promuje w niej tzw.: ekskluzywny minimalizm, czyli stan, w którym otaczamy się niewielką liczbą przedmiotów, ale o najwyższej jakości (w domyśle „najdroższych”).

Nie wahaj się pozbyć przedmiotów, które są jako takie, i zastąpić ich rzeczami doskonałymi, nawet jeśli pociągnie to za sobą wydatki, które wielu ludzi uzna za marnotrawstwo. Jak już wspominałam, minimalizm drogo kosztuje, ale właśnie płacąc tak dużo, zadowolisz się tym co rzeczywiście niezbędne.

Dominique Loreau „Sztuka prostoty”

Harmonia kolorów oraz szlachetnych materiałów daje odpoczynek oczom i dłoniom. Kiedy zakosztowaliśmy jakości, nie możemy się już przyzwyczaić do przeciętności […] Poza tym za jakość trzeba płacić, ponieważ może być wytwarzana tylko w małych ilościach – na tym polega luksus.

Dominique Loreau „Sztuka prostoty”

To podejście ma swoją logikę, której nie warto odrzucać pochopnie.

Kupowanie rzeczy trwałych, dobrych jakościowo, które nie wymagają ciągłej wymiany, jest rozsądne zarówno ekonomicznie, jak i ekologicznie. Problem zaczyna się w momencie, gdy jakość zaczyna być utożsamiana z ceną, a minimalizm z estetycznym luksusem. Wtedy minimalizm przestaje być narzędziem upraszczania życia, a zaczyna być jego kolejną, bardzo wyrafinowaną formą konsumpcji.

Nie masz już wielu rzeczy – masz kilka „idealnych”. Nadal kupujesz. Nadal budujesz tożsamość wokół posiadania. Zmienia się tylko poziom.

I właśnie w tym miejscu rodzi się przekonanie, że minimalizm to zabawa dla bogatych.
Nie dlatego, że minimalizm taki jest, tylko dlatego, że jedna z jego wersji została pokazana światu jako domyślna.

Skrajny minimalizm – czego uczy przykład Roba Greenfielda

Dobrym kontrapunktem dla tej „luksusowej” wersji minimalizmu jest przykład Rob Greenfield, który niemal całkowicie zrezygnował z pieniędzy i dużą część swoich dochodów oddaje na cele społeczne.

Na pierwszy rzut oka może to wyglądać jak dowód na to, że minimalizm nie ma nic wspólnego z pieniędzmi, tylko z decyzją.

Film pt. „Rob Greenfield on Money, Health Insurance, Age and Death” nakręcony i zmontowany przez Paula O’Neilla. Opublikowane na licencji CC BY-NC 4.0, osadzony z serwisu YouTube.

I to jest prawda – ale tylko częściowa.
Greenfield działa w bardzo specyficznych warunkach:

  • ma zaplecze społeczne i rozpoznawalność
  • jego styl życia jest projektem, a nie koniecznością
  • funkcjonuje w systemie, który nadal zapewnia mu pewien poziom bezpieczeństwa

To nie jest sytuacja przeciętnej osoby.

Jego przykład pokazuje coś ważniejszego niż „da się żyć bez pieniędzy” – pokazuje, jak daleko można przesunąć granice minimalizmu, kiedy masz zasoby, które tę decyzję zabezpieczają.

I właśnie dlatego ten przykład nie obala tezy, że minimalizm wymaga zasobów.

On ją potwierdza – tylko na bardziej zaawansowanym poziomie.

Moja historia – od braku do wyboru

Miałam w życiu momenty, w których moje „mało” nie było wyborem. Było konsekwencją sytuacji, w której brakowało podstawowych rzeczy, a każda decyzja finansowa była obciążona stresem.

W takim stanie minimalizm nie istnieje. Istnieje tylko przetrwanie.

I kiedy później pojawia się możliwość posiadania więcej, bardzo łatwo się tym zachłysnąć, ponieważ nadmiar zaczyna być symbolem bezpieczeństwa, a nie problemem.

Dopiero przejście przez oba te stany pozwoliło mi zrozumieć, czym minimalizm naprawdę jest.
Nie jest modą. Nie jest ideologią. Nie jest też moralnie „lepszym” wyborem. Jest momentem, w którym przestajesz reagować na brak i przestajesz reagować na nadmiar – a zaczynasz decydować.

Są różne minimalizmy – i to nie jest wada, tylko punkt wyjścia

różne rodzaje minimalizmu – czasem coś, co dla jednej osoby jest wystarczające, dla innej będzie już ekstrawagancją, co pokazuje, że minimalizm nie ma jednej formy i nie da się go zamknąć w liczbie rzeczy ani poziomie wydatków.

Minimalizm nie polega na tym, żeby mieć mało.
Polega na tym, żeby wiedzieć, ile dla Ciebie jest wystarczająco.

Minimalizm jako narzędzie – nie cel

Minimalizm może być:

  • stylem życia – jeśli masz wybór
  • koniecznością – jeśli go nie masz
  • narzędziem – jeśli chcesz odzyskać kontrolę

I tylko ta trzecia wersja ma realną wartość, ponieważ nie zależy od ilości pieniędzy, tylko od tego, czy jesteś w stanie podejmować decyzje świadomie.

Nie każdy może sobie pozwolić na „mniej”.

Każdy natomiast może zacząć zadawać sobie jedno pytanie:

czy to, co mam i co robię, wynika z mojego wyboru, czy z braku kontroli?

I to jest moment, w którym minimalizm przestaje być modą, a zaczyna być czymś znacznie bardziej wymagającym – konfrontacją z własnym życiem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *